Stefan Ossowiecki

Stefan Ossowiecki – widzieć poza czasem i przestrzenią

Inżynier Stefan Ossowiecki posiadał sławę międzynarodową i w dziejach parapsychologii zajął jedno z honorowych miejsc. Znajduje to wyraz i potwierdzenie w niezliczonej ilości poświęconych mu publikacji, artykułów, rozpraw i prac naukowych. Jego osobą i jego niezwykłymi uzdolnieniami paranormalnymi interesowali się uczeni tej miary, co Charles Richet, Eugene Osty, Władysław Witwicki, Wilhelm Neumann, William Mackenzie, Gustaw Geley i inni. Prof. Charles Richet wypowiedział się o polskim jasnowidzu w sposób następujący. „Po przeprowadzeniu szeregu doświadczeń z panem Ossowieckim doszedłem do przekonania, iż zaliczyć go można do kategorii wielkich sensy ty wów klasycznych, do jakich należą: pani Piper, pani Briffaut, pani Leonard, Vandam, Rees, Kahn i Pascal Fortuny”. To oświadczenie wybitnego uczonego, laureata Nagrody Nobla, znajduje całkowite uzasadnienie w faktach przytoczonych w książce Ossowieckiego Świąt mego ducha i wizje przyszłości, jak w cytowanej poniżej literaturze, omawiającej m.in przeprowadzonych z nim eksperymentów. ” W rozprawie niniejszej poprzedzającej wymienioną publikację sowieckiego przedstawiłem możliwie dokładnie jego biografię, następnie poglądy jasnowidza na zjawiska paranormalne, wreszcie omówiłem wiele ważnych doświadczeń nie uwzględnionych w jego książce, a rzucających jasne światło na mechanizm tajemniczych fenomenów, manifestujących się w życiu tego niezwykłego człowieka. Do życiorysu jasnowidza posiadamy dużo źródeł, z których podstawowe stanowi wymieniona wyżej jego rozprawa. Ważne materiały przedstawił również Gustaw Geley, oparte są one bowiem na własnych zeznaniach Ossowieckiego. Inne źródła przytoczę w dalszym ciągu. bezpośrednich i siarkowych. Ossowiecki uzyskał tam doskonała praktykę we wspomnianych dziedzinach technologii chemicznej’ Słusznie podkreśla to Jerzy Jacyna, że „należał on do uprzywilejowanej klasy ludzi wykształconych i wyjątkowo zamożnych, stawiających na rozwój nowoczesnego przemysłu w ówczesnej carskiej Rosji”. Po powrocie do Moskwy rozpoczął pracę w przemyśle chemicznym fabryk benzeno-anilinowych, w fabryce papieru w Do-bruszy na Podolu, a następnie w zarządzie chemicznym zakładów ojca, których był współwłaścicielem. Niektórzy członkowie rodziny Ossowieckiego posiadali wybitne uzdolnienia. Jak sam pisze, babka jego ze strony ojca była znana w swoim otoczeniu z daru jasnowidzenia, matka ,,odznaczała się nadzwyczajną intuicją, a siostra, Wiktoria Jacynowa. żona generała Jacyny. po śmierci swego syna jedynaka, pod wpływem wstrząsu nerwowego, wyłoniła z siebie niepospolity talent rzeźbiarski. Krytyka uznała go za tym ciekawszy, że nie miał on za podłoże żadnej szkoły, a tylko wytrysnął nagle dzięki intuicji i wrodzonemu u siostry mojej poczuciu rytmu linii i form”. Stosunkowo wcześnie ujawniły się u Ossowieckiego uzdolnienia paranormalne, m.in. telekinetyczne. Oddajmy mu tutaj głos: „Już jako czternastoletni chłopiec miałem zdolności telepatyczne. A gdy byłem studentem Instytutu Technologicznego, właściwość ta przekształciła się w zdolności medialne, więc wówczas najróżnorodniejsze zjawiska z tej dziedziny działy się w mojej obecności. Wielu z moich kolegów, jak np. inż. Ryszard Kaszuba, inż. Arlitewicz i inni, byli świadkami tych zjawisk (przytaczam ich, gdyż [obecnie, tj. w 1933 roku - rok wydania książki] mieszkają w Warszawie). Na tych seansach, przy pełnym oświetleniu, jak również i w ciemności, poruszały się przedmioty. Na przykład ołówek w obecności inż. Arlitowicza, w chwili kiedy siedziałem przy stole, pisał po grecku, w języku, który był mi nieznany. Takich doświadczeń było bardzo wiele”. Rozwijały się również u niego zdolności jasnowidzenia. Przejawiały się one już w czasie studiów w Instytucie Technologicznym. „Ogólnie przyjętym sposobem egzaminowania w szkole był zwyczaj wybierania przez uczniów w zamkniętych kopertach pytań, na które musieli dawać odpowiedzi. Ossowiecki urządzał wtedy zabawę, ku wielkiemu zdumieniu profesorów, odpowiada Olbrzymie zainteresowanie i zarazem najwyższe zdziwienie i zaskoczenie budziły jego manifestacje telekinetyczne. O nich pisze następująco: „Gdy byłem na ostatnim kursie Instytutu Technologicznego, zdolności te zaczęły się przejawiać w zupełnie innych formach – telekinetycznych (samym wysiłkiem woli mogłem przenosić odległe przedmioty). Okres ten w moim życiu był najciekawszy, zdolności tego rodzaju coraz mocniej się rozwijały. Związywano mnie sznurami, nakładano długą koszulę z długimi rękawami, które były wiązane z tyłu. Leżałem na ziemi, nie mogąc się ruszyć, gdyż nogi w kostkach były także związane mocno i w takim stanie, skrępowany, mogłem poruszać najcięższe przedmioty. Zrywałem ubrania, przesuwałem figury marmurowe lub inne ciężkie przedmioty, zdejmowałem obrazy ze ścian, wszystkie te przedmioty mogłem poruszać bardzo szybko, bo w pół lub jedną minutę od chwili natężenia woli już pociągałem je ku sobie. Ten okres trwał jeszcze w 1919 r. Ze świadków tych doświadczeń w Warszawie pozostało jeszcze sporo osób, a mianowicie: Karol Zdziechowski, Konstanty Biskupski, płk Tadeusz Żółkiewski, hr. Emeryk Czapski, poseł na Sejm p. Chludziński i wielu, wielu innych. Ostatnie doświadczenie ściągania ku sobie przedmiotów robiłem w mieszkaniu pani Olesza wobec całego szeregu osób. Będąc związany, przesunąłem z miejsca bardzo ciężką palmę, a w obecności także kilku osób, między którymi był Konstanty Biskupski, Dominik Łempicki i płk Żółkiewski, będąc mocno związany i leżąc na podłodze, ściągnąłem z kominka w przeciągu półtorej minuty ogromny zegar, złożony z różnych części. Powlokłem go wtedy do siebie z odległości trzech, a może więcej metrów, stał zaś on na wysokości jednego metra i stamtąd bardzo zręcznie i sprawnie wraz ze wszystkimi swymi częściami spłynął jak gdyby do mego boku. Takich doświadczeń robiłem w Rosji setki, byłem ogólnie znany i podziwiany z tego powodu. Dużo w czasie podobnych seansów bywało wypadków histerii, tak wśród kobiet jak i mężczyzn”. Gustaw Geley w cytowanej pracy przytoczył jeszcze następujący fakt: „Podczas seansu u księżny Olgi Wołkońskiej w biały dzień statua marmurowa, bardzo ciężka (potrzeba było trzech osób, aby ją przenieść) została przyciągnięta do niego z odległości dwóch i pół metra!” ,,Postaram się – mówi Ossowiecki – wytłumaczyć technikę tych doświadczeń, o ile tylko możliwe. Siedząc lub stojąc byłem bezsilny, musiałem do dokonywania tych doświadczeń leżeć, mając oparcie całego ciała na podłodze, kanapie lub łóżku. Robiłem w tych chwilach olbrzymi wysiłek woli, nadzwyczajnego skupienia. Równoważnikiem energii, którą wkładałem, wprowadzając siebie w ten stan prawie kataleptyczny, była energia kosmiczna, która wypełniała mnie wówczas zewnątrz i przez nią właśnie przesuwałem lub podnosiłem przedmioty. Ten wysiłek mógł trwać tylko jedną chwilę, o ile zaś przeciągał się dłużej, traciłem siłę i przedmiot upadał. Warunkiem koniecznym, by doświadczenie mogło się udać, musiała być kompletna cisza; nikt w chwili eksperymentu nie powinien był się poruszać. Zadaniem moim wówczas było jednym potężnym wysiłkiem unieść lub przesunąć ku sobie dany przedmiot. Kosztowało to dużo wysiłku, byłem po nim tak wyczerpany, że kilka chwil leżałem prawie nieprzytomny. Dziś dla mnie zrozumiała jest potęga wiary i cuda, których można dokonać. Modlitwa i ekstatyczne zapatrzenie się w tajemnice wiary wyzwala z człowieka ogromną ilość energii, w zamian zaś jako równoważnik wypełnia istotę jego nieznana nam bliżej, ale potężna energia kosmiczna, której siła potrafi tworzyć cuda. Może ona uzdrawiać chore ciała i całkowicie przekształcać psychikę danego człowieka”. Właściwości telekinetyczne, a towarzyszyły im także stukania i uderzenia, manifestowały się u Ossowieckiego do trzydziestego piątego roku życia, później zaczęły zanikać. Ojciec jego widząc, jak te eksperymenty wyczerpują jego syna, stanowczo sprzeciwił się kontynuowaniu ich i na łożu śmierci wymógł od .niego obietnicę zaprzestania ich zupełnie. „Moje zdolności telekinetyczne – mówi Ossowiecki – zupełnie mnie opuściły, przekształciwszy się w dar jasnowidzenia. Ten moment przejścia do innych form psychiki wyższej jest bardzo Ciekawy. Twierdzę, że ta sama energia kosmiczna, którą rozporządzałem według mojej woli i za pomocą której mogłem dźwigać przedmioty, te same fale są dziś energią, dzięki której rzutują moje widzenie bez ograniczenia przestrzeni i czasu, daleko ogarniając wzrokiem wszechświat niewidzialny”. „Ciekawy jest fakt – dodaje tu Gustaw Geley – że za każdym objawem telekinezy zmniejszał się u Ossowieckiego dar jasnowidzenia”. Mistrzem Ossowieckiego, który wprowadził go w tajniki sztuki jasnowidzenia i nauczył sposobu ćwiczenia i doskonalenia uzdolnień paranormalnych był tajemniczy Żyd, Worobiej. O nim to wypowiedział się w sposób następujący: „Wymieniałem już kilka razy nazwisko semity (Wróbla/Woro-bieja), chcę kilka wspomnień o nim zestawić. Był to starzec wtajemniczony. Prawie całe, swe życie spędził na Wschodzie, potem powrócił do swego kraju ojczystego, aby go już więcej nie opuszczać. Kiedy go poznałem, miał lat siedemdziesiąt sześć. Starzec ten posiadał wielki wpływ na moją psychikę, był moim szczerym przyjacielem i on właśnie wskazał mi sposób ćwiczenia oraz rozwijania zdolności. Było to wiele lat temu, gdy jeszcze jako student trzeciego kursu pojechałem na praktykę do wielkiej papierni Dobruszeckiej [będącej własnością księcia Woronow-Daszkowaj". Dyrektorem tej fabryki był ś.p. inżynier Antoni Stulgiński. Znajdowała się ona w odległości mniej więcej siedmiu kilometrów od Homla. Kiedy przybyłem do Homla i miałem jechać dalej koleją wąskotorową w kierunku Dobrusza, pociągu jeszcze nie było, pozostawało więc dwie godziny czasu, z którymi nie wiadomo, co robić. Zwróciłem się do naczelnika stacji, a on wskazał mi Wróbla, jako miejscową osobliwość i podał mi jego adres. Zainteresowałem się tym człowiekiem i zapragnąłem go poznać. Wróbel mieszkał na przedmieściu w małym drewnianym domku. Jako sędziwy starzec nie wstawał już z łóżka - leżał ubrany w czarną, jak gdyby zakonną szatę. Twarz miał piękną, semicką z długą siwą brodą. Wzrokiem swym przeniknął od razu mój świat wewnętrzny i z miejsca powiedział mi, jak się nazywam oraz w jakim celu przybyłem. Przeniósł się do Moskwy, w najdrobniejszych szczegółach opisał całe moje życie, zastanawiając się nad jego ciekawszymi etapami. On pierwszy wyjaśnił mi, co znaczy a u r a i oświadczył, że i ja należę do tych, którzy ją widują. Podkreślił przy tym moje nadprzyrodzone zdolności i zapowiedział, że w latach późniejszych nazwisko moje będzie znane. Mówił o mojej przyszłości i przeszłości, a przyznać trzeba, że wszystko się dotychczas sprawdziło. Był to człowiek nadzwyczajny. „Około czterdziestego roku życia (1917) Ossowiecki został wtrącony do więzienia w Moskwie przez bolszewików. Byl on podejrzany z powodu swoich stosunków z Misją Wojskową Francuską, której członkom ofiarował mieszkanie w swoim domu [mianowicie kapitanowi Jouan i wicekonsulowi Fosse]. Pewnego dnia bolszewicy zrobili rewizję i znaleźli w pokoju kapitana francuskiego proklamację do Czechosłowacji. Ossowiecki był oskarżony o pozostawanie w zmowie z Francuzami i zaaresztowany, a następnie wtrącony do więzienia. W więzieniu pozostawał sześć miesięcy w ciemnicy pełnej robactwa, żywiony słoną rybą i jedną szklanką wody dziennie. W dzień kazano mu wychodzić z więzienia do kopania na cmentarzu rowów dla rozstrzeliwanych. Ostatecznie Ossowiecki został skazany na śmierć i zaprowadzony na miejsce kaźni przed pluton egzekucji wraz z sześćdziesięcioma towarzyszami niedoli. W ostatnim momencie został ocalony wraz z dwoma inżynierami, dzięki interwencji pewnego wysokiego urzędnika Rosjanina, kolegi Ossowieckiego ze szkoły inżynierów. Sześć miesięcy tortur moralnych i materialnych, podczas których posiwiały mu włosy, rozwinęły jeszcze jego dar jasnowidzenia. Ciekawy szczegół: podczas całego tego smutnego okresu swego życia, aż do chwili, naznaczonej na egzekucję, Ossowiecki nie miał jasnowidzenia co do swojej osoby, był on pewien, że jego ostatnia godzina rzeczywiście nadeszła”. W następstwie przedstawionych wydarzeń Ossowiecki, zrujnowany całkowicie przez bolszewików (skonfiskowano mu zarówno fabrykę, jak posiadany dom), w 1918 roku opuścił na stale Rosję, wyjechał do Polski i zamieszkał w Warszawie, gdzie pozostał do końca życia. Gustaw Geley podkreśla w 1924 roku, że również dalsza część przepowiedni życia Worobieja spełniła się: Ossowiecki znajduje się w dobrym położeniu materialnym i rozwinął wydatnie swój dar jasnowidzenia. Pani Ossowiecka, Rosjanka, którą poślubił niedawno (1922) nosi nazwisko Alietty (Anny) de la Carrierre. Zapowiedź sławy światowej również okazała się prawdziwa, publikacje w międzynarodowym czasopiśmie ,,Revue Metapsychiąue” całkowicie ją zrealizowały. Autor wspomnień o Ossowieckim, Jerzy Jacyna, podnosi fakt. że „epoka młodości Ossowieckiego, a więc okresu najbardziej chłonnego na wszelkie wrażenia, była wypełniona nie tylko «starcami z Homla», ale także starcem z Carskiego Sioła, czyli słynnym Grigorijem J. Rasputinem [właściwie G.J. Nowych, ur. 1872, zm. 31.12.1916]. Jak wiadomo, ten awanturnik i cudotwórca, faworyt carskiej rodziny i tajny agent niemiecki zdobył w okresie pierwszej wojny światowej ogromne wpływy na dworze Mikołaja II. Nie można wykluczyć, że epoka rasputinowszczyzny z jej grozą, niesamowitością, mistycyzmem i innymi specyficznymi cechami klimatu, w jakim żyła arystokracja carska, przypominającego pod pewnymi względami atmosferę dworu Borgiów – nie mogła nie wpłynąć na wrażliwą psychikę młodego wówczas Ossowieckiego w kierunku zainteresowania zjawiskami para-psychologicznymi. Rodzina Ossowieckich-Jacynów była bardzo zbliżona do kół dworu carskiego w Rosji, w których działał Rasputin. …Czy złowroga, ale niewątpliwie silna indywidualność Rasputina wywarła na polskiego jasnowidza jakiś wpływ – trudno powiedzieć. Sądzę jednak, że niezauważona przez Ossowieckiego być nie mogła”. Powyższe przypuszczenie Jerzego Jacyny wydaje się prawdopodobne. Mistyka i okultystyczne praktyki owego mnicha rosyjskiego i faworyta rodziny cara Mikołaja II mogły istotnie zafascynować młodego Polaka i zainteresować go problematyką par apsy cholo giczn ą. * Jak już wspomniałem, Ossowiecki przyjechał do Warszawy zrujnowany materialnie. Krzywdy i cierpienia doznane przez niego w Rosji w okresie rewolucji ukształtowały jego zdecydowanie negatywną postawę do władz radzieckich i bolszewizmu. Dal temu kilkakrotnie wyraz w swej książce, w której potępił wszystkie systemy totalitarne. Stanowiska tego nie zmienił do końca życia. Posiadane wykształcenie chemiczno-technologiczne i wysokie kwalifikacje zawodowe szybko umożliwiły Ossowieckiemu uzyskanie w powojennej Polsce całkowitej niezależności finansowej, a nawet zamożności. Przytoczyłem już w tej sprawie informację podaną przez Gustawa Geleya, dodam jeszcze, że fakt ten potwierdziła w 1927 roku Zofia Tuwanowa. Z mediami tymi członkowie wymienionych wyżej towarzystw przeprowadzili wiele interesującjch eksperymentów, z których sprawozdania zamieszczono w ukazującej się literaturze, „Zagadnieniach Metapsychicznych”, „Kurierze Metapsychicznym”. „Lotosie” oraz w prasie codziennej. Dużą zasługą parapsychologów polskich było wydanie m.in. pięciu znakomitych książek poświęconych tej problematyce, które poziomem nie tylko nie odbiegały od poziomu najlepszych dzieł literatury światowej tego okresu, ale go nawet przewyższały. Należą do nich następujące publikacje: dr. Juliana Ochorowicza Zjawiska mediumiczne i jego głośne dzieło O sugestii myślowej. Dalej należy wymienić obszerną pracę Norberta Okółówicza Wspomnienia z seansów z medium Frankiem Kluskim (Teofilem Modrzejewskim), omawianą książkę Stefana Ossowieckiego oraz doskonałe studium Józefa Switkowskiego: Okultyzm i magia w świetle parapsychologU7 Druga z wymienionych pozycji ukazała się pierwotnie w języku francuskim, a autor otrzymał za nią wysoką nagrodę. Wszystkie one stanowią chlubny dorobek parapsychologii polskiej okresu międzywojennego. W 1923 roku odbył się w Warszawie II Międzynarodowy Kongres Badań Psychicznych. Wzbudził on duże zainteresowanie zarówno oficjalnych sfer naukowych, jak i osób prywatnych. W organizacji Kongresu, którego siedzibą był Uniwersytet Warszawski, wzięli udział przedstawiciele rządu polskiego i Magistratu Stołecznego Miasta Warszawy. Do stolicy przyjechali wówczas znakomici badacze parapsychologii z różnych krajów, że wymienię E.I. Dingwalla, Gustawa Geleya, Renę Sudre’a, A. Schrenck-Notzinga, Fritza Grunewal-da, Wilhelma Neumanna oraz Gardnera Murphy. W skład Komitetu Polskiego, który zorganizował zjazd, wchodziły m.in. następujące osoby: dr fil. Artur Chojecki, dr chemii Janina Garczyńska, inż. Alfons Gravier, dr med. Leon Karwacki, inż. Piotr Lebiedziński, prof. Uniwersytetu Warszawskiego Władysław Witwicki. Na Kongresie wygłoszono wiele odczytów, zademonstrowano szereg pokazów i eksperymentów z polskimi mediami, Marią Przybylską, Stefanem Ossowieckim, Stanisławą Popielską, Janem Guzikiem, Zborowskim i Fronczkiem. Poglądy parapsychologiczne jasnowidza W 1938 r. wygłosił prelekcję w Polskim Towarzystwie Mempsychicznym w Warszawie, w 1936 wziął udział w Pierwsza iv. Polskim Zjeździe Ezoterycznym w Poznaniu. Obdarzył tam słuchaczy piękną improwizacją, w której w poetyckiej formie przedstawił „rozgrywające się w bezdennych otchłaniach wielkie procesy kosmiczne, miłość we wszechbycie, narodziny światów i człowieka, stopniowe jego wydobywanie się z materii, wyzwalanie ducha i jego cudowne moce”. Na zjeździe tym ..powstał projekt przeprowadzenia naukowej wycieczki do Biskupina i na wyspę jeziora Lednickiego, do miejscowości słynnych z odkryć archeologicznych. Tam, zgodnie z projektem, Ossowiecki mógłby, w zetknięciu z zabytkami odległej przeszłości, odtworzyć dzieje zamierzchłe Polski jeszcze przed Mieszkiem I i przyjęciem chrześcijaństwa”. Nie wiadomo, czy projekt ten został zrealizowany. Wystąpienie Ossowieckiego w tymże roku w lwowskim Towarzystwie Parapsychologicznym im. Juliana Ochorowicza wzbudziło tak duże zainteresowanie, że Tadeusz Walkowski poświęcił mu osobny odczyt pt. „Moje wrażenia z prelekcji inż. Stefana Ossowieckiego we Lwowie”, który wywołał żywą dyskusję. Był więc jasnowidz w pełnym tego słowa znaczeniu parapsychologiem zaangażowanym. W swej książce Ossowiecki wyraził główne poglądy na parapsychologię i polski ruch metapsychiczny. Jego zdaniem w żadnej dziedzinie nie ma tylu szarlatanów, ilu w parapsychologii. Zniechęca to ludzi nauki do podjęcia w niej poważnych badań. Jednak do chwili obecnej już wiele na tym polu zrobiono. Autor wymienił tu Międzynarodowy Instytut Metapsyctiiczny w Paryżu oraz osoby kierujące nim, Jeana Mayera, Charlesa Richeta i Gustawa Geleya. „Tym ludziom – mówi Ossowiecki – zawdzięczam bardzo wiele, z nimi łączy mnie serdeczna przyjaźń. Niestety, Gustawa Geleya już nie ma. Zginął tragiczną śmiercią, odjeżdżając z Warszawy do Anglii samolotem. Przyjechał do mnie, był moim gościem, wiele doświadczeń dokonaliśmy wspólnie, badał moje uzdolnienie metapsychiczne szczegółowo i zarówno w jego dziełach, jak prof. Richeta, Osty’ego, Schrenck-Notzinga i innych można znaleźć relacje z tych doświadczeń. Śmierć Gustawa Geleya dotkliwie odczułem, a nauka straciła w nim poważnego eksperymentatora i uczonego. Jego miejsce w Instytucie Metapsychicznym w Paryżu zajął prof. dr Osty”. „Trzy zjazdy – czytamy dalej – zostały poświęcone meta-psychice, a mianowicie w ostatnich latach w Kopenhadze, w Warszawie i w Paryżu. Zjazd warszawski odbył się w murach Uniwersytetu, a paryski w Sorbonie. Sam wybór wymienionych uczelni wskazuje na to, w jakiej atmosferze zjazdy się odbywały i jaką wagę przywiązują uczeni wiedzy pozytywnej do tej młodej nauki”. Autor dzieli zjawiska paranormalne zgodnie z przyjętym powszechnie poglądem na obiektywne i subiektywne. Do tych ostatnich zalicza własne uzdolnienia. Metapsychika, tak jak każda nowa wiedza, do niedawna musiała walczyć o właściwe stanowisko w szeregu nauk pozytywnych. „Niestety, dziś jeszcze – mówi Ossowiecki – ale już w dużo mniejszym stopniu, panuje sceptycyzm w stosunku do zjawisk jasnowidzenia, sugestii, magnetyzmu”. Uważa on, że „nie wolno być sceptykiem, trzeba badać i niczemu się nie dziwić”. Od Marszałka Józefa Piłsudskiego, który w dniu 4 maja 1925 r. odwiedził go osobiście w mieszkaniu przy ul. Pięknej nr 5 w Warszawie i z którym zrobił kilka ciekawych doświadczeń, otrzymał na pamiątkę fotografię z dedykacją: „Panu Stefanowi Ossowiec-kiemu na pamiątkę naszych rozmów, w zrozumieniu tego, czego nie ma, a co jest”. „Trzeba zaznaczyć – dodaje Ossowiecki – że Marszałek Piłsudski ma wielki dar intuicji, wierzy w świat niewidzialny, wierzy w przeczucia i bardzo się interesuje dziedziną psychiki ludzkiej”. Z Marszałkiem pozostawał on w bliskich kontaktach. Parapsychologię uważał Ossowiecki za nową gałąź wiedzy. .Coraz więcej światła – mówi on – przybywa w dziedzinie nauki metapsychicznej. Jeszcze jeden i drugi krok, a rozjaśni się dla nas potężny świat niewidzialny, zaś metapsychika jest właśnie tym pomostem, który go udostępni człowiekowi”. We współczesnym ruchu tak zwanym okultystycznym – zdaniem autora – związek z dawną wiedzą tajemną został właściwie przerwany. Różne kierunki, teozofia, joga amerykańska i hinduska, mazdaznan europejski itd. wszystko to wymaga uporządkowania i sumiennych badań, stanowi bowiem bezładny zlepek najrozmaitszych fenomenów z dziedziny parapsychologii, szczątki dawnych tradycji prawdziwej wiedzy ezoterycznej. Należy dążyć tu do jednej wielkiej syntezy, „w tym bowiem stanie, w jakim znajduje się ezoteryzm nowoczesny, przynosi on więcej szkody niż pożytku”. Stał więc Ossowiecki na stanowisku komparatystycznym opartym na nowoczesnej, obiektywnej nauce. „Prawdziwa intuicja – jego zdaniem – to przede wszystkim wewnętrzna przemiana – przemiana duchowa, która stwarza wyższą świadomość i sprawia, że człowiek zaczyna rozumieć celowość życia, siebie samego i całą przyrodę”. „Bezkarnie niepodobna jest wedrzeć się do sanktuarium i do misterium życia”. Nowoczesny, książkowy okultysta przeważnie „szuka tylko dreszczyków i ciekawostek, które obiecują mu rzekomą przewagę nad bliźnim. … Największą jednak szkodę okultyzmowi dzisiejszemu przynoszą różni praktycy tak zwanej wiedzy tajemnej – hipnotyzerzy, chiromanci i tym podobni magicy nowożytni, którzy spaczyli dawne tradycje poznawania charakteru człowieka. Zaszła jakaś tragiczna zmiana w psychice ludzkości. … Dzisiejsza wiedza, oparta na intelektualiźmie i eksperymencie, wyszła na ulicę sprofanowana, bo stała się dostępna zarówno dla bohatera, jak i dla zbrodniarza. Nie wszystko wolno podawać każdemu. … I kto wie, czy ta profanacja tajemnic przyrody, to brutalne wdzieranie się przez nowoczesną technikę do najsubtelniejszych wibracji materii, czy ten pozorny triumf nowoczesnego intelektu nie stanie się czasem początkiem niesłychanej w dziejach nowożytnego świata katastrofy. … Grozi nam załamanie, bo i nasza cywilizacja wdarła się brutalnie do tajemnic przyrody, nie kultywując przy tym dostatecznie moralności serca i ducha. Dziś, latając w powietrzu i prując podwodne głębiny, ludzie XX wieku uważają się za zwycięzców przyrody, a w gruncie rzeczy są oni bankrutami duchowymi, egoistami w krwawej walce o byt. zaślepieni w sobie, zimni, z pustką w sercach. Ich samoloty, statki podwodne, radio i telegrafy bez drutu, które, kierowane szlachetną wolą, mogłyby stać się chwałą życia, będą może w niedługiej przyszłości przekleństwem, gdy nienawiść i chciwość rozpętają nową wojnę, w której cała ta technika stanie się narzędziami śmierci – nie życia”. Takie i tym podobne idee głosił w swych publicznych wystąpieniach Stefan Ossowiecki. Jego pacyfistyczne poglądy trafiały do umysłów ówczesnego społeczeństwa, szczególnie tego, które skupiało się w kręgach towarzystw parapsychologicznych. Znajdował tam pełne uznanie, a eksperymenty jego w dziedzinie jasnowidzenia wywoływały powszechny entuzjazm i niebywałe zainteresowanie fenomenami paranormalnymi. Zdolności parapsychiczne Ossowieckiego W ostatnim ćwierćwieczu kilka osób znających dobrze Ossowieckiego opublikowało o nim swe wspomnienia. Materiały te zawierają wiele ciekawych szczegółów i rzucają jasne światło na jego sylwetkę, psychikę i życie osobiste. Adam Grzymałą-Siedlecki, krytyk literacki i dramatopisarz (1876-1967) w swej książce pt. Niepospolici ludzie w dniu swoim powszednim poświęcił mu obszerny rozdział. Nazwał go tam „przybyszem z czwartego wymiaru, jako że czwartym wymiarem rzeczywistości określono wszystkie nie dające się wyjaśnić zjawiska, jak mediumizm, telepatię, spirytyzm etc”. We wspomnieniach Siedleckiego opisy różnych epizodów z życia i działalności jasnowidza mieszają się z psychologicznymi charakterystykami i analizami jego osobowości. Autor był niemal świadkiem następującego, zdumiewającego wydarzenia. Szef (prezes) znacznego przedsiębiorstwa, mieszkający w swej wilii na przedmieściu stolicy stwierdził po przybyciu do pracy brak złotej papierośnicy. Przedstawiała ona dużą wartość, wykonana była bowiem w sposób artystyczny. Jadąc do biura prezes wstąpił do znajomych, gdzie zabawił 20 minut, ale i ani tam, ani w domu – jak wykazała indagacja telefoniczna – papierośnicy nie odnaleziono. Gdy zawiodły wszystkie środki poszukiwań, zwrócono się o radę do Ossowieckiego. Jasnowidz „skupił się w sobie, przez pewien czas trwał jakby vv jakimś przenikaniu czegoś”, po czym odtworzył dokładnie przebieg pobytu prezesa u znajomych, mówiąc m.in.: „— W czasie, gdy pan przebywał ze swymi znajomymi w saloniku, do drzwi zadzwonił jakiś młody człowiek – (tu opisuje szczegółowo jego wygląd) – pyta pokojówki, czy może się widzieć z państwem? «Państwo mają gościa». «To poczekam na jego odejście». Pozostaje w przedpokoju, pokojówka wychodzi. Młody człowiek dostrzega papierośnicę pod lustrem. Ujmuje ją w rękę – chwila jakiegoś namysłu, następnie szybki rzut wzrokiem, czy nikt go nie widzi, po czym chowa papierośnicę do kieszeni i wychodzi”. Wkrótce odnaleziono owego młodzieńca, którym okazał się siostrzeniec czy bratanek pani domu. Przyznał się on do czynu i oddał papierośnicę. Siedlecki właśnie wchodził do gabinetu prezesa, gdy temu przez telefon zakomunikowano, że zguba się znalazła. Prezes ze szczegółami opowiedział mu na gorąco całe wydarzenie, stał się więc jak gdyby jego świadkiem, i przyznał, że trudno mu było w to wszystko uwierzyć. „Nawykiem racjonalnym – mówi on – próbujemy znaleźć psychofizjologiczne zanalizowanie. Do pewnego stopnia i pewną fazę faktu da się od biedy wyjaśnić: prezes swoimi myślami, swoimi aktami świadomości narzucał Ossowieckiemu taśmę filmową podjechania pod dom znajomych, wchodzenie po schodach, rozmowę z pokojówką itd. – ale taki szczegół, jak zapalenie papierosa w czasie poprawiania fryzury? Szczegół, który wypadł z pamięci badanego? Narzuciła to Ossowieckiemu podświadomość prezesa, bo w swojej podświadomości miał on niewątpliwie ten szczegół zmagazynowany – twierdzić będą np. freudyści. Problematyczne, ale możliwe – trudno się spierać; natomiast dalszy ciąg zdarzeń, historia z owym młodym człowiekiem, o którym przecież prezes ani świadomie, ani podświadomie nic myśleć nie mógł, bo o nim nic nie wiedział?” Wspomniałem już o widzeniu aury przez Ossowieckiego, dzięki której mógł on z dużym przybliżeniem określić daty zgonu niektórych osób. Następujące zdarzenie zanotowane przes Siedleckiego, a opowiedziane mu przez pianistę, kompozytora i polityka, Ignacego Jana Paderewskiego (1860-1941), prawdopodobnie pozostawało w ścisłym związku ze wspomnianym uzdolnieniem. „Było to w pierwszych tygodniach jego premierostwa, w styczniu 1919 roku. Któregoś dnia na rozmowę z nim w pałacu Radziwiłłowskim [w Warszawie] zgłosił się Ossowiecki. Wyznaczono mu czas bezpośrednio następujący po konferencji z kimś, kto otrzymywał nominację na jedną z placówek zagranicznych. Konferencja skończona, nominat wychodzi z gabinetu Paderewskiego i witając się z Ossowieckim, który już czeka na swoją kolej, powiadamia go o swej nowej godności. Żegnają się, sekretarz prezydialny wzywa Ossowieckiego: «Pan Prezydent prosi pana». Wszedł do gabinetu – opowiada Paderewski – wszedł zmieszany tak, że aż go zapytałem. – Co się z panem dzieje? – Na miłosierdzie boskie, na co wy go wysyłacie za granicę na tę placówkę, przecież on tam nie zdoła dojechać. – Dlaczego? – Jego dni policzone. Przejęło mnie to, ale szybko otrząsnąłem się z wrażenia: jakiś Ossowieckiego popis jasnowidzki, przecież tamtem nie zdradza żadnej choroby, gdzie mu do śmierci? W dwa tygodnie później ten zdrowy człowiek umarł”. Grzymała-Siedlecki przedstawił bardzo ciekawą ocenę i przebieg procesu jasnowidzenia. „Swoje zapadanie w wizję – mówi on – Ossowiecki odbywał z wykluczeniem wszelkiej inscenizacji. Nie zastygał w trans, jak to czyniły media spirytystyczne, nie stwarzał sobie żadnych warunków zewnętrznych, które by mu pomogły do ześrodkowania się w sobie, nie domagał się nawet zachowywania ciszy, można było rozmawiać w trakcie jego «seansu» i on sam brał udział w tej rozmowie, jedno drugiemu nie przeszkadzało. Należy przypuścić, że jakimś niewyjaśnionym zabiegiem psychicznym zdolny był stwarzać w sobie wtórny niejako całokształt świadomości – i gdy swoją normalną «obiegową» świadomością obcował z otoczeniem, równocześnie tym drugim Ossowieckim drążył czas czy przestrzeń oraz skryte dla nas wszystkich wydarzenia. Jeżeli owe wydarzenia dotyczyły jednostki obecnej przy dochodzeniu, jak np. w przypadku prezesa i jego papierośnicy, to Ossowieckiemu wystarczyła sama jej obecność czy kontakt z nią konkretny: np. ujmowanie tej osoby za rękę; jeśli sprawa dotyczyła kogoś niebecnego -powiedzmy: kogoś, kto już nie żyje, lub kogoś, z kim nie wiadomo, co się stało, to żądał, by o ile to możliwe, dostarczono mu jakiegoś przedmiotu, który ta osoba miewała w ręku czy przy sobie: chustki do nosa, rękawiczki, brzytwy, nożyczki, portmonetki itp. Nazywał je cieniami materialnymi nieobecnej osoby. W jakimś stopniu «cień» ten zastępował mu żywego człowieka… Owe «cienie materialne» ponad wszelką wątpliwość dużą mu oddawały usługę. Obserwowano go niejednokrotnie, jak »brał w siebie» taką np. rękawiczkę czy scyzoryk, jak sunął po nim ręką, jak go ugniatał w dłoni, jeśli to była np. skóra, sukno czy płótno -jak się z nim mocował, jeśli to był metal czy drewno. Po ruchach jego ręki można było odgadywać, czy już jest na tropie, czy jeszcze nie – nerwowymi, niecierpliwymi atakami palców zdradzał, że jeszcze nie może wywołać widzenia, że natrafia na jakieś przeszkody – wreszcie uzyskany sukces sam już automatycznie zwalniał ruchy ręki; po ciągłych, niejako ociężałych głaskaniach przedmiotu poznawało się, że już trud dochodzenia zakończony”. „Usilne to jego kontaktowanie się z «cieniem materialnym» zdaje się nam mówić, że – wiedząc czy nie wiedząc o tym – doszukiwał się on jakiegoś śladu fluidu, który nieobecna osoba pozostawiła po sobie w materii owego przedmiotu. Jeśli tak istotnie rzecz się miała, to nie sposób nie oddać się zdumieniu, że ten fluid potrafił nasz metawizjoner wychwycić nawet po upływie miesięcy czasu. … Nie lubił – mówi Siedlecki – gdy go nazywano jasnowidzem, wydawało mu się, że w tej nazwie jest coś podobnego do medium czy nawet magika. A jednak źródłosłów «widz» ściśle określa jakość jego obdarowania: zawsze wszystko odkrywał przez widzenie. Nie przez doznania np. słuchowe, lecz przez obraz rzeczy dochodził do wyniku. Wszystko przez plastyczne przedstawienie sobie tych rzeczy”. Fenomenalne było odgadnięcie treści przesyłki wysłanej z Madrytu, a zawierającej rysunek pięciokąta. „Trzymając ową z Madrytu przesyłkę – zeznał potem Siedleckiemu Ossowiecki – starałem się dotrzeć do widzenia osoby, od której ona pochodzi; znalazłem się w jakimś obszernym pokoju, przyciemnionym grubymi w oknach firankami; pośród ciężkich staroświeckich mebli widziałem stół czy biurko z ciemnego drzewa; pochylona nad nim osoba kreśliła na kartce to, co mi dano potem do odgadnięcia; po sposobie prowadzenia piórem łatwo wywnioskowałem, że to nie są wyrazy, nawet nie litery. Wpatrzyłem się baczniej – stwierdziłem, że jest to jakiś rysunek – niejako samo mi się we mnie obliczyło, że rysująca ręka poprzestała na kilku tylko kreskach; po sposobie kreślenia widziałem, że to nie było nic innego, jak tylko jakaś figura geometryczna. Wydawało mi się, że cztery razy, nie więcej, pociągnięto po papierze. Starałem się dojść do widzenia… wizja pokoju, oświetlenia, sprzętów… widok osoby pochylonej nad stołem, wzrokiem stwierdzenie, że kreślona jest figura geometryczna itd. Ciągłe widzenie, ciągła wizja, nieustanny współczynnik optyczny”. Mamy tutaj typową eksterioryzację, dotarcie wzrokiem duchowym do miejsca opisywanych w widzeniu wydarzeń i oglądanie ich jak gdyby ,,na żywo”. Jest to tym ciekawsze, że owe wydarzenia odbywały się w przeszłości, a jasnowidz obserwował je w czasie o wiele późniejszym. Było to widzenie w przestrzeni, ale w czasie przeszłym! Kondycja fizyczna i psychiczna Ossowieckiego w opisie Siedleckiego przedstawiała się znakomicie. „Wysoki, atletycznie zbudowany, o tęgiej architekturze mięśni (co z wdzięcznością oceniać umiała rzesza jego wielbicielek), twarz okrągła, otwarta, w radosny uśmiech ozdobiona i jasnych oczu wejrzenia dziecka, ufnego wszystkiemu i wszystkim – całość postaci dla nie znających go: obraz boksera, triumfatora sporów,’wreszcie człowieka wszelakich możliwych powołań i uzdolnień, tylko nie super-uduchowiony fenomen. Podstawową cechą jego usposobienia był optymizm, który za sobą wiódł nieprawdopodobną wiarę w ludzi. On, który przez swoje władze metapsychiczne więcej niż ktokolwiek inny mógł wiedzieć o gałgaństwach, podstępach, okropności intencyj i skrytego zła – on właśnie żył w nieustannym kredycie moralnym, jakiego udzielał bliźnim swoim. Nie znałem nikogo innego, którego by w takim stopniu zadziwiała ujawniona czyjaś nie-szlachetność czy szpetne przewinienie. Nieprawdopodobna wiara w ludzi i niebywała potrzeba sympatyzowania z ludźmi”. „Jako inżynier chemik, pozostający w bliskich relacjach z zasobnymi przedsiębiorstwami przemysłowymi, zarabiał dobrze – i nigdy nie mógł sobie pozwolić na jakąś droższą przyjemność, bo czasem wszystko niemal, co miał, wycyganiono od niego. Należał do ludzi, którzy ani rusz nie umieją się domyślić, że można komuś czegoś odmówić. Mniej więcej taka sama historia z jego sprawami tzw. sercowymi. Powodzenie u płci pięknej miał takie, że mógł uchodzić spadkobiercę sukcesów legendarnego hiszpańskiego ,,di Teno- rio” – mówi Siedlecki. Uważa on, że Ossowiecki był kilkakrotnie żonaty, trzy czy cztery razy. Twierdzenie to stoi w sprzeczności z informacją Jerzego Kubiatowskiego, który podał, że był żonaty dwukrotnie: w r. 1922 z Rosjanką Aliettą (Anną) de la Carriere, z którą rozwiódł się w 1930 r.; po raz drugi ożenił się w lipcu 1939 r. z Zofią Marią ze Skibińskich, primo voto Gustawową Świdową. Jej syn, Marian Świda, przyczynił się do drugiego wydania w Stanach Zjednoczonych książki swego ojczyma. To drugie małżeństwo przyniosło Ossowieckiemu prawdziwe szczęście. Siedlecki podkreśla z naciskiem, że jasnowidz nigdy nie brał honorarium za swe usługi. Bardzo głośna była sprawa odnalezienia zaginionego testamentu bankiera Rothschilda, do czego przyczynił się Ossowiecki. „Umiera miliarder Rothscmld i umiera tak, że domniemany spadkobierca nie może udokumentować swoich praw do sukcesji, bo nie wiadomo, gdzie zmarły pozostawił testament; zainteresowany przybywa z Paryża do Ossowieckiego, ten wskazuje miasto, w tym mieście ściśle określony dom, w domu tym schowek, gdzie testament powinien się znajdować. Znajdują go. Uszczęśliwiony dziedzic arcymajątku nie wyobraża sobie, by mógł nie wypłacić prowizji. Spotyka go zawód, Ossowiecki odmawia przyjęcia jakiejkolwiek zapłaty, nawet co, zdaniem moim, mógł i powinien uczynić: nie żąda, by Rothschild wzmógł znacznym datkiem jakąś naszą, zawsze wówczas bokami robiącą, instytucję filantropijną czy społeczną. A przecież nawet milion złotych byłby w tej sytuacji drobiazgiem dla uszczęśliwionego spadkobiercy. Ale w naszym don Stephanio spoczywała tęga doza zarówno romantyka, jak i hidalga. «Znaj pana!» – coś z tego, na naszym.gruncie odwiecznego, dźwięczało w odmowie, jakiej udzielił Rothschildowi. «Na swój chleb powszedni zarabiam swoją pracą inżynierską, nie będę sprzedawał tego, co mi jest dane w najwyższym darze» – tak raz wyjaśnił te rzeczy”. Ossowiecki widział skryte rzeczy cudze, a nie mógł dojrzeć własnych, przyszłych losów. W życiu codziennym był bardzo roztargniony i nieuważny. W najmniejszym stopniu nie mógł spożytkować posiadanego daru jasnowidzenia w sprawach osobistych. Bezskutecznie poszukiwał zostawionej gdzieś laski, płaszcza lub kapelusza. Przedstawiał się tym samym osobom kilkakrotnie. Stale coś gubił, czegoś szukał, czemuś się dziwił. Stawał się bezkarny, gdy rzecz dotyczyła jego samego. Często zapominał o umówionych wizytach. Urodzony, wychowany i wykształcony w Rosji, do końca życia mówił złą polszczyzną, zachowując akcent i dykcję rosyjską. Czasami grywał w brydża. Gdy przybył z Moskwy do Warszawy wiele osób obawiało się zasiadać z nim do gry, obawiając się skutków jego niezwykłego daru w rozpoznawaniu kart przeciwnika. Szybko jednak wszyscy przekonali się, że prawie zawsze przegrywał. Antoni Plater-Zyberk, autor wspomnień o Ossowieckim, zanotował jego wyznanie w tej sprawie złożone w lecie 1934 roku w Poznaniu jego siostrze Teresie Górskiej: „Wie pani, szczerze pani powiem, że ja nie bardzo lubię grać w karty, bo zawsze mi przy grze partnerzy wymyślają. Gdy karty już są rozdane, biorę je do ręki i zaczyna się licytacja, wówczas często się zdarza, że się zamyślam i nie biorę udziału w licytacji, co partnerów irytuje, gdyż sądzą, iż tak długo kombinuję, z czym się mam odezwać. A tymczasem zachodzi zupełnie coś innego… Z kart trzymanych w ręku emanują na mnie przeróżne myśli, bo wyczuwam, kto je miał ostatnio w rękach; «widzę» daną osobę, przenikają mnie jej przeżycia i to właśnie powoduje moje chwilowe milczenie przy licytacji. Z drugiej strony obawiam się gry w karty, ponieważ mógłbym być łatwo posądzony o oszustwo. Przecież, gdybym się skupił, mógłbym poznać rozkład kart u partnerów, więc obawa przed tym peszy mnie bardzo i z tego powodu zwykle bardzo «patałaszę» w grze, co znów irytuje partnerów. Stąd w końcu skutek jest taki, że prawie zawsze przegrywam!” Analizując skomplikowaną psychikę Ossowieckiego Grzymała-Siedlecki poruszył m.in. kwestię trwałości jego predyspozycji paranormalnych. „Trudno sobie wyobrazić – mówi on – by do swoich niewiarygodnych wprost osiągnięć dochodzić mógł bez wzbudzenia w sobie odpowiedniej dyspozycji duchowej. Czy przy każdym stanie zdrowia, usposobienia i zespołu zewnętrznych okoliczności bywał do tego zdolny? Interpelowany w tej materii, odpowiadał, że «prawie zawsze». Ostrożny przysłówek «prawie» pozwala nam przypuszczać, że to się mogło zdarzać nawet i częściej, niżby sobie tego życzył. Nie ubliża też to jego obwarowaniom, gdy przypuścimy, że będąc nieusposobiony, mógł doznawać chybionych wizyj. Jeśli nie był odpowiednio usposobiony, czy się do tego przyznawał? Trudno na to odpowiedzieć, bo nie mamy dowodów, że bywał nieusposobiony, ale sprawa sprowadza nas nu L temat ogólniejszy. Ludzi słynnych, czy to będą aktorzy teatru, czy gwiazdy filmowe, czy sławy sportowe, czy wreszcie takie fenomeny władz psychicznych, jakim był Ossowiecki – ludzi takich zmysł naszej admiracji lubi ustawiać na cokole. Ofiary uwielbienia czują to – i wraz ze wzrostem chwały przyzwyczajają się do cokołu – i to do tego stopnia, że aż ich zbiera strach, czy cokół im się spod nóg nie usuwa. Usposobieni czy nieusposobieni, starają się zawsze utrzymywać na wysokości swego postumentu. W dziedzinie okultystycznej ileż mediów dopuszczało się humbugu, byle tylko nie obniżać swojej reputacji, byleby tylko nie przyznać się do chwilowej niedyspozycji. Czy grały tu względy li tylko finansowe? „Nie. działała tu i ambicja, i «kompleks primadonny». Czy Ossowiecki podlegał jej w jego warunkach niemal nieuniknionej słabostce? Niewątpliwie, że tak. Dużo mu sprawiało zadowolenia, że rozporządza taką siłą duchową. Najwięcej go radowały te jego sukcesy, które przyczyniały się do czyjegoś dobra: wykrycia przestępstwa, odnalezienia ważnej zguby, komuś zrozpaczonemu dostarczenia otuchy lub spokoju – tak, tu cieszył się jak dziecko z dokonanego dobra, ale nie zapominał też, że to wzmaga jego sławę. No cóż? Był człowiekiem, nie archaniołem. Co w tych sprawach było dziwne, to to, że tak nieproporcjonalnie mało miał próżności. Nie obnosił się ze swoimi sukcesami, nie był niczyim utrapieniem Ten dobry smak zawdzięczał zarówno swojej klasie moralnej, jak i psychicznemu swemu usposobieniu. Magazyny chwały roztapiały się łatwo w jego humorze, w jego bratłactwie, w jego naturze serdecznej a prostej. W takim gruncie ludzkim mania wielkości nie zapuści głębszych korzeni. Jeszcze jeden czynnik chronił go przed megalomanią. Tym czynnikiem stawał się niemalże religijny jego stosunek do tych tajemniczych władz, którymi był obdarowany. Jakże znamienne bywało przyciszanie głosu, gdy o nich zaczynał mówić ten huczny, gromki zazwyczaj siłacz -jakby wstąpił w tym momencie w progi świątyni. Z tego zaprawdę nabożeństwa rodziła się w nim pokora i ona moderowała pokusy pychy’1.Jak widzimy, charakterystyka Ossowieckiego nakreślona przez Grzymałę Siedleckiego jest bardzo pozytywna. Jej wnikliwość i autentyczność okazała się tak duża. że trudno mi tu było w roku 1934 lub 1935, a autor miał już za sobą dwa lata studiów na wydziale prawa i przeżywał właśnie młodzieńczą miłość. Ossowiecki zaproponował, żeby wyszedł do drugiego pokoju i napisał lub narysował coś na kartce papieru, złożył ją kilka razy. umieścił w kopercie, następnie w drugiej, mocno zakleił i przyniósł mu z powrotem. Autor, myśląc o niepewnych losach swej miłości, zdecydował się po lekkim wahaniu na napisanie następującego cytatu z Lalki Bolesława Prusa: „Non omnis moriar”, a u dołu dopisał wzór chemiczny wody – H20. Do przechowania kartki posłużyły mu dwie koperty z ciemną „podszewką” wewnątrz. ,,Inż. Ossowiecki – mówi Jacyna – wziął kopertę z moich rąk i od razu założył ręce do tyłu. To zakładanie rąk do tyłu – to był jego ulubiony gest. Również z rękami założonymi do tyłu usiadł na dużej kanapie. Pokój był rzęsiście oświetlony. Wszyscy obecni siedzieli w dość dużym oddaleniu od jasnowidza. Siedział nieruchomo, trochę sztywno, oczy miał zamknięte. Mniej więcej po pięciu minutach milczenia zaczął mówić: – Napisałeś nie to, co początkowo myślałeś. Myślałeś o bardzo młodej, pięknej brunetce. … Ale w tym liście nie ma ani słowa o miłości, choć ona odgrywa tu główną rolę. Widzę natomiast cyfrę «2» i znak «0» oraz literę «H». Już mam – to jest woda, wzór wody! (chwila milczenia)… Jest również mowa o śmierci. Obcy wyraz- na końcu litera r (znowu milczenie). Ale co to ma wspólnego z Prusem? Nie rozumiem dlaczego «r»? Pierwsze słowo zdania to francuskie «non», a w środku jest wyraz złożony z pięciu liter… Tak, już wiem – to napisane po łacinie: «Non omnis moriar»”. Tak zakończył się ten udany eksperyment jasnowidza. Ossowiecki poświęci! jeszcze chwilę uwagi wybrance serca Jacyny i podał kilka informacji o posiadanej przez niego fotografii i zamazanym napisie, znajdującym się na odwrocie, co także okazało się zgodne z prawdą. „W imię prawdy – dodaje Jacyna – muszę stwierdzić, że w czasie całego seansu nie pamiętałem i nie myślałem o fotografii, którą miałem w kieszeni. Oczywiście po tym, jak Ossowiecki zaczął mówić o fotografii – zdałem sobie sprawę, że chyba mam ją przy sobie. Ale czy na fotografii był jakiś podpis – tego absolutnie nie pamiętałem. Tym bardziej nie pamiętałem, że napis ten sam zakreśliłem atramentem po jakimś «konflikcie» z właścicielką fotografii. Zdałem sobie z tego sprawę dopiero po wyjęciu fotografii z kieszeni”. Również bardzo ciekawa jest przytoczona przez Jacynę relacja Aleksandra Mieszczanowskiego, przedwojennego dyrektora Towarzystwa „Saturn” na Śląsku koło Czeladzi. Mieszczanowskiego i Ossowieckiego w latach 1920-1944 łączyła wielka przyjaźń. Opowiedział on Jacynie następujące wydarzenie z roku 1931 albo 1932, jeszcze przed dojściem Hitlera do władzy. Przytaczam je tu w dużym skrócie. Pewnemu bogatemu przemysłowcowi milionerowi w Berlinie, zaginęła 11-letnia córka. W tej sprawie m.in. zwrócono się także do Ossowieckiego. Otrzymawszy od sekretarza milionera, który zjawił się w mieszkaniu Ossowieckiego, rękawiczkę dziecka, jasnowidz oświadczył, że dziewczynka została zgwałcona, a następnie zamordowana. Morderca zakopał zwłoki przy szosie wiodącej z Berlina do Monachium, na siódmym kilometrze za rogatkami Berlina, po lewej stronie szosy pod dużym drzewem (grabem). Oświadczenie to okazało się zgodne z prawdą, zwłoki zostały tam odnalezione. Ossowiecki opisał również wygląd mordercy i wskazał jego fotografię znajdującą się w przedstawionym mu albumie przestępców z terenu Niemiec. Wkrótce też go odnaleziono i ujęto, a zawieziony na miejsce zbrodni przyznał się. Niemiecki milioner złożył Ossowieckiemu osobiście kurtuazyjną wizytę w Warszawie i podziękował za oddaną przysługę. Zgodnie ze swą zasadą ten ostatni nie przyjął od niego żadnego honorarium. Aleksander Mieszczanowski podał, że ponowne spotkanie obu tych lud/i odbyło się już w czasach okupacji hitlerowskiej również w Warszawie, w końcu października 1939 roku. Niemiecki milioner /jawił się obecnie w mundurze pułkownika Wehrmachtu. Oświadczył, że z wdzięczności za wyświadczoną mu w jego nieszczęściu przysługę przywiózł mu dokument stwierdzający, że osoba Ossowieckiego jest nietykalna. Dokument ów był podpisany przez samego Hitlera. Ossowiecki początkowo wzbraniał się przed przyjęciem tego pisma, ale w wyniku nalegań pułkownika zachował je. „Dokument ten -jak stwierdził Mieszczanowski – pozwolił Ossowieckiemu uczynić wiele dobrego wielu ludziom, chroniąc ich przed barbarzyństwem okupanta”. W tym czasie Ossowiecki wraz z inż. Mieszczanowskim, dzięki uzyskanej przez niego koncesji, zajmował się handlem paszą, później zaś handlem żelazem. Nie przeszkodziło to jasnowidzowi w wypełnianiu swojej społecznej misji i pomaganiu ludziom Czeka na mnie w domu Altesse – niech czeka. Ty, – zwracając sic do mnie – weź listowy papier i napisz czy narysuj co chcesz. wszystko jedno co, co ci przyjdzie do głowy. Potem włóż w kopertę, zaklej i przynieś nam tu. Zrobiłam, jak sobie życzył. Usiadłam przy stoliku na drugim końcu sali. Patrząc na wazonik z kwiatami napisałam: «kwiaty więdną szybko». Po drugiej stronie papieru imię «Tamara». Oczywiście w zaklejonej kopercie, a pisząc zasłaniałam, pamiętam, ołówek drugą ręką. Ossowiecki położył lewą dłoń na kopercie i w naszej obecności zaczął kreślić jakieś kreski – linijki na podanym mu papierze. Kreślił, jakby bawiąc się, jakby rysując coś. Nam polecił przerwać rozmowę. Dość długo kreślił. Wyszło zdanie: «Kwiaty więdną szybko». – «Tu jeszcze coś jest, ja widzę» – powiedział. I znów to samo kreślenie, z którego zostało zarysowane słowo «Tamara». Potem podpis i dedykacja doświadczenia dla mnie. Niestety, spaliła się ta koperta wraz z moim mieszkaniem w 1939 roku”. Zacytuję teraz list Zofii Łęgiewicz, zamieszczony w „Stolicy”. ..Poznałam inż. S. Ossowieckiego w dniach grozy najazdu hitlerowskiego, był to wrzesień 1939. Brat mój, Stefan Łęgiewicz, absolwent Szkoły Nauk Politycznych, został powołany do wojska w pierwszych dniach mobilizacji. W sierpniu już był w szeregach Obrońców Warszawy. Odcinkiem jego działania była Ochota. Ostatniego dnia obrony, rozkazem dowództwa, wyruszył na front szczęśliwicki i tam poległ, oddał swe życie w ofierze dla wielkiej sprawy, którą jest ojczyzna. Nastąpiła kapitulacja Warszawy, po bohaterskiej beznadziejnej walce wkroczenia doń najeźdźcy. A o bracie nie było żadnej wiadomości. Czy żyje? Czy niewola? Wtedy ogarnęło mnie przemożne pragnienie pójścia do inż. S. Ossowieckiego – wierzyłam w jego widzenie prawdy. Szukałam drogi skontaktowania się i wtedy przypomniałam sobie, że może mi to ułatwi pan Teofil Modrzejewski, dawny przyjaciel nieżyjącego już mego ojca. Mieszkał na Żoliborzu na ulicy Dziennikarskiej. Pan T. Modrzejewski poznał mnie. był bardzo serdeczny i chętnie spełnił moje życzenie – dając mi swój bilecik polecający do inż. S. Ossowieckiego. którego znał dobrze. Z tym polecającym mnie bilecikiem udałam się na ul. Marszałkowską, gdzie mieszkał inż. S. Ossowiecki. Wyszła do mnie pani Ossowiecka i poprosiła, abym poczekała w poczekalni. Niedługo trwało moje oczekiwanie. W sierpniu tego roku autor przebywał w Salsomaggiere na wypoczynku, potem zaś przeniósł się do Montecatini, włoskiej Krynicy, następnie do Rapallo. W Montecatini spotkał swych starych warszawskich znajomych, doktorostwo S., a w ich towarzystwie – inżyniera Ossowieckiego. ,,Rozbawiony, jak zawsze elokwentny – mówi Wroński – sypał dowcipami. Zażywał «kawalerskiej wolności», a przy tym odchudzał się po kulinarnych orgiach (był smakoszem)”. W Rapallo zatrzymał się autor w hotelu-pensjonacie Astoria. ..Jakież było moje zdziwienie – pisze Wroński – gdy po kilku dniach zobaczyłem przy ogólnym stole Ossowieckiego. Opalony «na czekoladę», błyszczał niebieskimi, jak włoskie niebo oczyma. Nieskazitelnie dopasowany biały flanelowy garnitur, koszula a la Słowacki, odmładzały go. Ucieszył się z ponownego naszego spotkania”. Przez kilka dni pobytu w Rapallo obaj znajomi spędzali razem wieczory w kasynie w Santa Margherita. Wędrowali tam spacerkiem „przy śpiewie cykad i szmerze morza”. Ossowiecki opowiedział wówczas Wrońskiemu kilka ciekawych szczegółów ze swych eksperymentów. „Humorystyczną przygodę miał w Belwederze. W roku 1930 wezwał go do Belwederu marszałek Piłsudski. W asyście Sławo -Składkowskiego, Becka, Prystora i adiutantów wręczył Os-sowieckiemu zalakowaną grubą kopertę prosząc, aby odczytał jej zawartość. Ossowiecki położył na kopercie rękę i bezbłędnie odczytał treść kartki z ulubionym zwrotem Piłsudskiego”. «Poca-łuj mnie… tam a tam». Po doświadczeniu zaproponowano inżynierowi intratną posadę w polskiej ambasadzie w Berlinie. – Odmówiłem propozycji – kontynuował opowiadanie Ossowiecki. – Przecież kontrwywiad niemiecki od razu by mnie wykończył. Z okresu swych studiów w Petersburgu – mówi dalej Wroński – opowiedział mi Ossowiecki takie zdarzenie: Mieszkał ze swym kolegą – Stanisławem Olszakowskim, również studentem (stryjem mego przyjaciela Aleksandra Ol-szakowskiego, znanego krakowskiego literata-dramaturga) u bogatej mieszczki. Pewnej nocy Ossowiecki chrapiąc smacznie – spał. W tymże pokoju, przy olbrzymim chippendalowskim biurku, Stanisław Olszakowski dziać dziwne rzeczy. Ciężkie biurko i takież krzesła rozpoczęły niesamowite harce, jakiś piekiełny taniec, unosząc się do góry. Przerażony Olszakowski z krzykiem zerwał się na równe nogi. To obudziło Ossowieckiego. Mebłe z hukiem runęły na podłogę. Zbudziła się także gospodyni. Rezultat? Wymówienie mieszkania. Nie chciałem temu wierzyć, dopóki sam się nie przekonam. Zaproponowałem, aby powtórzyć ten eksperyment w mojej obecności. Ociągał się tłumacząc, że takie doświadczenie wymaga absolutnej wstrzemięźliwości od uciech tego świata. Ja jednak nalegałem. Wreszcie któregoś dnia, po skromnej kolacji, wybraliśmy się na wycieczkę przez Santa Margheritę prawie do Portofmo. Późnym wieczorem, zmęczeni, wróciliśmy do hotelu. Zaprosiłem Ossowieckiego do swego pokoju na lampkę wina. Usiadł w wygodnym wolterowskim fotelu, a ja przy biurku, przy nikłym oświetleniu przeglądałem prasę. Po chwili posłyszałem chrapanie. Wtem na moich oczach, tańcząc z nogi na nogę. jak baletnica. moje biurko zaczęło powoli posuwać się w stronę śpiącego Ossowieckiego, unosząc się do góry. To samo zaczęło się dziać z taboretem, na którym leżała dość ciężka walizka. Niesamowity to był widok, ale nie przeraził mnie, tylko zadziwił i przekonał. Po chwili inżynier obudził się. Meble powróciły na swoje miejsce. Dywan zagłuszył upadek. – Która godzina? – zapytał. Chyba jest bardzo późno, a ja się zdrzemnąłem. Opowiedziałem inżynierowi, co się zdarzyło. Był zadowolony. Korzystając z nastroju poprosiłem go o przepowiednię mojej przyszłości. – Przecież nie jestem wróżbitą, ani astrologiem – odpowiedział. Ale uważnie się mi przyjrzał. – Powiem panu krótko: należy pan do długowiecznych. Na drodze artystycznej – majątku jak Kiepura pan nie zrobi, ale biedy nie będzie pan miał. Jednak czekają pana burzliwe dni… Po chwili w zamyśleniu dodał: – Jak nas wszystkich. Jak dotychczas wszystko się sprawdziło. Długo żyję i majątku nie mam. Biedy też. Przemiły wieczór zakończyliśmy lampką marsała”. Do najciekawszych bez wątpienia eksperymentów demonstrowanych przez Ossowieckiego należały jego „wędrówki w ast-ralu’ jak sam je nazywał, czyli manifestacje eksterioryzaej i bilokacji (angielskie Out-of-the Body-Experiences). Posiadam dość szczegółowy opis jednego takiego eksperymentu, sporządzo ny przez samego Ossowieckiego i zamieszczony w jego książce Nie będę go tu omawiał. Natomiast w całości przytoczę szczegółową relację cytowanego Anatola Wrońskiego. „Do najdziwniejszych eksperymentów Ossowieckiego – mówi autor – należał jego dar ukazywania się jednocześnie w dwóch oddalonych od siebie o kilka kilometrów miejscach. O tym opowiadał mi, jako jeden ze świadków, Aleksander Olszakowski. potwierdzając tylko to, co już słyszałem w 1928 roku od innych bezpośrednich obserwatorów, od pułkownika Pasellego, bliskiego sąsiada Ossowieckiego z okolic Placu Zbawiciela w Warszawie i Jerzego Mazarakiego. Działo się to w roku 1924 czy 1925. Pewnego popołudnia na werandzie kawiarni Europejskiej spotkało się towarzystwo w osobach popularnej w tym czasie aktorki Sulimy, jej koleżanki, pułkownika Pasellego i Mazarakiego, potem dołączyli do nich inżynier Ossowiecki i Aleksander Olszakowski. Rozmowa potoczyła się w kierunku eksperymentów Ossowieckiego, o których w Warszawie było głośno. Aktorka Sulima, traktując dość ironicznie eksperyment Ossowieckiego z rozdwajaniem się, określiła to jako bajeczkę dla dzieci. Stanęło o zakład. Ni mniej ni więcej, tylko o kosz (12 butelek) francuskiego szampana. Moi interlokutorzy byli świadkami zakładu, a potem świadkami doświadczenia. Ustalono dzień i godzinę eksperymentu. Kulminacyjny moment doświadczenia miał nastąpić w mieszkaniu aktorki, przy ul. Hożej (na trzecim piętrze), dokładnie o godzinie pierwszej po północy, kiedy ruch uliczny zamiera, w obecności świadków, pod przewodnictwem pułkownika Pasellego. Natomiast Ossowiecki z inną grupą świadków pod przewodnictwem Mazarakiego, w tymże czasie miał znajdować się w gabinecie restauracji hotelu Bristol na Krakowskim Przedmieściu. Na Hożej, przy brydżu i kawie czekano z niecierpliwością na fatalną dla Ossowieckiego (nie wierzono w udany eksperyment) godzinę pierwszą. W Bristolu też czekano, ale przy kolacji zakrapianej winem. Ossowiecki, poza dwoma kieliszkami martela, nic nie jadł. Obiecywał sobie odrobić kulinarną ucztę po seansie. Apetyt mu zawsze dopisywał. Zbliżała się pierwsza po północy. Do gabinetu restauracji z oddali dochodziły tylko słabe odgłosy tramwajów. Pilnie obserwowano Ossowieckiego. Zachowanie się jego nie zdradzało ani specjalnego skupienia, ani zdenerwowania. Na pięć minut przed pierwszą wstał od stołu i zamknął na klucz drzwi wejściowe do gabinetu. Mazaraki wyłączył telefon i zasłonił okno kotarą. Następnie Ossowiecki zwrócił się do obecnych, a specjalnie do lekarza, uczestniczącego w seansie, aby nikt, gdy zapadnie w trans, nie zbliżał się, a tym bardziej nie dotykał go, bo wówczas (cytuję): «mogę już nie wrócić». Usiadł w kącie gabinetu. Zgaszono górne światła żyrandoli. Zapadła cisza. Panował półmrok. – Byliśmy – jak mi opowiadał Mazaraki – wpatrzeni w Os sowieckiego. Stawał się coraz bledszy. Prawie nie oddychał. Gdzieś wybiła godzina pierwsza. Ossowiecki jakby zesztywniał. Wyglądał na śpiącego. Wtem cera Ossowieckiego nabrała koloru szarego. To zaniepokoiło doktora. Cicho stąpając po dywanie podszedł i dotknął ręki inżyniera. Był przerażony. Wyszeptał: – Proszę państwa, on nie żyje! Nie ma tętna! – Wszyscy zdrętwieliśmy – relacjonował Mazaraki. – Postanowiliśmy jednak czekać, w myśl zarządzenia Ossowieckiego. Była pierwsza minut cztery, kiedy Ossowiecki ku naszej radości, obudził się. Głęboko westchnął. Półprzytomnymi oczyma rozejrzał się. Powoli wstał i zapytał: – Co się stało? Dlaczego jesteście tak przestraszeni? – Zwracając się zaś do lekarza, powiedział: – Miałem dużo szczęścia, że pan mnie dotknął dopiero wtedy, kiedy już wróciłem z Hożej, bo inaczej byłoby po mnie. A uprze działem – nie dotykać mnie. Teraz wszyscy zrozumieli, dlaczego Ossowiecki unikał takich doświadczeń: zagrażały jego życiu. 205 Przenieśmy się teraz na Hożą do aktorki Sulimy, gdzie miał nastąpić kulminacyjny moment doświadczenia. W całości zacytuję relację bezpośredniego świadka seansu, pułkownika Pasellego: – Noc była bezksiężycowa i wyjątkowo pochmurna. Na piętnaście minut przed pierwszą zakończyliśmy ostatniego robra. Zgodnie z poleceniem Ossowieckiego, ustawiliśmy krzesła rzędem tak, aby siedzący byli zwróceni twarzą do okna w, chodzącego na słabo oświetloną ulicę Hożą. W salonie przygaszono światła, pozostawiając tylko jedną, stojącą lampę, nakryj niebieskim abażurem. Telefonicznie sprawdziliśmy z Ossowie, kim nasze zegarki. Jako przewodniczący jurorów zamknąłem drzwi do salon: i wyłączyłem telefon. Nakazałem bezwzględną ciszę, jak sobie tego życzył Ossowiecki. Byliśmy podekscytowani, zwłaszcz. gospodyni. W sąsiednim pokoju wybiła godzina pierwsza pi północy. Nagle zauważyliśmy w oknie jakiś daleki, nikły, a potem córa? intensywniejszy świetlny punkt, o zielonkawym zabarwieniu. Powiększał się, zbliżał fosforyzując, wypełniając sobą prawic połowę okna. Stopniowo zaczęła wyłaniać się, jakby wyrzeźbiona przezroczysta, ale wyraźna, uśmiechnięta twarz Ossowieckiego. Pozdrowił nas ręką i posłał całusa. Powoli widmo zaczęło blednąc, gasnąć, aż zupełnie rozpłynęło się w ciemnościach nocy. Oszołomieni, w milczeniu patrzyliśmy to na siebie, to w okno. Spojrzałem na zegarek. Były dokładnie cztery minuty po pierwszej. Wstałem i włączyłem telefon, a potem wszystkie światła w salonie”. Nie posiadamy najmniejszych powodów, aby powyższą relację, przekazaną Wrońskiemu przez naocznego świadka, pułkownika Pasellego, uważać za nieprawdziwą. Oczywiście należy bardzo żałować, że ta niezwykła i niecodzienna próba nie została wykonana na przykład w Instytucie Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego w obecności czcigodnego ciała naukowego uczelni i przy zastosowaniu choćby aparatu filmowego i fotograficznego. Niestety, poważnych uczonych w owym czasie nie interesowały tego rodzaju^ zagadnienia. Antoni Plater-Zyberk w cytowanym artykule podaje, że usłyszał z ust Ossowieckiego opowieść o innym podobnym doświadczeniu, wykonanym kilka lat wcześniej przed opisanymi wyżej wydarzeniami. ,,- Słyszałem, panie inżynierze – stwierdził Zyberk – że pan sam ze sobą przeprowadził na wzór Jogów indyjskich – ćwiczenia z rozdwojeniem jaźni; czy to prawda? – Tak, przeprowadziłem ten eksperyment trzykrotnie. Byłem rok temu [1922] bardzo zajęty pracą w moim biurze technicznym. Miałem w tym czasie bardzo trudne i terminowe prace, musiałem więc sam ciężko pracować, a równocześnie dozorować, aby moi podwładni pracownicy pilnie przykładali się do swoich obowiązków. Jednocześnie otrzymałem z Wiednia zaproszenie na kilkudniowy międzynarodowy zjazd. Przestudiowałem program zjazdu i skonstatowałem, że najciekawsze dla mnie referaty odbędą się drugiego dnia. Muszę tam być – powiedziałem sobie, lecz z drugiej strony zdawałem sobie sprawę, że nie powinienem nawet na jeden dzień opuszczać mojej pracy w Warszawie. Mam dwóch przyjaciół – adwokata i lekarza. Zatelefonowałem do nich prosząc, by danego dnia poświęcili mi całe popołudnie i przyjechali do mego mieszkania. Obydwaj mi obiecali i stawili się u mnie w omówionym dniu koło godziny 14-tej. Wtajemniczywszy ich w moje kłopoty, oświadczyłem, że chcę w ich obecności zapaść w sen kataleptyczny i w tym śnie przenieść się duchowo na ów zjazd w Wiedniu, aby słyszeć interesujące mnie referaty. Po wyjaśnieniu moim przyjaciołom celu tego eksperymentu – opowiadał mi inż. Ossowiecki – poprosiłem ich, by pozostawali przy mnie przez cały czas aż do momentu mego «przebudzenia się», czyli powrotu do pełni życia. Poszliśmy wówczas do mego gabinetu; położyłem się na kanapie, a moi przyjaciele zasiedli obok mnie w fotelach. W kompletnej ciszy zacząłem się skupiać i natężać wolę. Osiągnąwszy już maksimum natężenia, powoli osłabiłem tętno i oddech. Z późniejszej relacji wiem, iż po pewnym czasie obecny lekarz stwierdził, że tętno ustało jakby zupełnie, jak również i oddech. Leżałem na kanapie sztywny i prawie zimny. W takim stanie i bez ruchu leżałem do godziny 19-ej. A tymczasem… Byłem w Wiedniu na zjeździe, słuchałem referatów, a podpis mój figurował na liście obecności. Architekci polscy, którzy również byli na owym zjeździe, wierzyć później nie chcieli, że tam «nie byłem», skoro mnie tam widzieli, i że tego dnia ciało moje, pod nadzorem moich dwóch przyjaciół całe to popołudnie leżało na kanapie w moim mieszkaniu w Warszawie. -Takie rozdwojenie przeprowadziłem potem jeszcze dwukrotnie – mówił dalej Ossowiecki. – Za trzecim razem było ze mną źle: gdy chciałem powrócić, nagle odczułem jakieś silne przeszkody. «Widziałem ciało moje leżące na kanapie w moim mieszkaniu w Warszawie, widziałem moich dwóch przyjaciół, siedzących przy nim w fotelach i… nie mogłem wrócić. Zaczął mnie W 1937 roku zdarzyła się nowa sensacja. Jeremi Wasiutyński, autor obszernej naukowej pracy pt. Kopernik – twórca naszego nieba, uznanej za najwybitniejszą książkę polską 1937 i uhonorowanej nagrodą czasopisma „Wiadomości Literackie”, nie wahał się przyznać do tego, że w badaniach swych nad działalnością wielkiego astronoma szukał pomocy u głośnego jasnowidza. Przytoczył on obszerne relacje z odbytych seansów, zaopatrując je w komentarze. Autor przyjął kryptestezję za fakt nie podlegający dyskusji, przytoczył opinie Karola Richeta, Gustawa Geleya, Stanisława Witwickiego i innych i stwierdził, co następuje: „Kryptestezja Ossowieckiego była wielokrotnie poddawana próbom naukowym. Wyniki tych doświadczeń nie dają się zrozumieć na gruncie dzisiejszej psychofizjologii. Sądzę, że nawet światopogląd dzisiejszej fizyki jest za ciasny, aby w jego ramach szukać wytłumaczenia. … Nasza nieumiejętność oddzielenia tych czynników (tj. interpretacja wizji dokonana przez sensytywa oraz zakłócenia pochodzące z jego podświadomości) od kryptestezji, a nie wątpliwość co do istnienia jej samej, uniemożliwia nam należyte wykorzystanie niektórych wizji Ossowieckiego. W jaki rozsądny sposób można odnosić się do tych zjawisk? Niemożność zrozumienia jest irytująca, ale musimy się do niej przyznać. Tylko nie popełniajmy pewnego bardzo pospolitego błędu. Są mianowicie ludzie niezdolni do stwierdzenia faktów sprzecznych z ich poglądem na świat”. Wasiutyński nie traktował rewelacji uzyskanych od Ossowieckiego jako źródła naukowych przyczynków do działalności Kopernika. Przyjmował je natomiast za materiał uzupełniający i pomocniczy, który w dalszych badaniach naukowych winien zostać sprawdzony i zweryfikowany. Autor przedłożył Ossowieckiemu jako „ślad psychometrycz-ny” (psychoskopiczny) kilka książek będących własnością Kopernika lub jego znajomych, m.in. Calendarium zakupione przez astronoma w 1493 roku w Krakowie i podarowane następnie znajomemu patrycjuszowi gdańskiemu Ferberowi. Brzegi tej książki pokryte były notatkami łacińskimi i niemieckimi, niektóre ręki samego Kopernika. Seans został przeprowadzony 23 października 1936 roku w obecności Ossowieckiego i Wasiutyń-skiego. Jest on niezmiernie ciekawy z uwagi na uzyskane intymne szczegóły z życia Kopernika. Kilku krytyków 700-stronicowego dzieła Wasiutyńskiego nie szczędziło mu słów zjadliwych impresji za zamieszczenie tak „kompromitujących” materiałów. „Krytycy ci -jak mówi Wiktor Mirski – którym z innych zgoła względów książka Wasiutyńskiego była nie na rękę, korzystali z tej łatwej okazji, by ośmieszyć autora. Na tym miejscu jakakolwiek obrona Wasiutyńskiego (podjęta zresztą już przez bardziej autorytatywne pióra) byłaby zupełnie zbędna”. W przedwojennej Europie Ossowiecki był osobą powszechnie znaną i szanowaną. Przyjeżdżali do niego ludzie z różnych stron świata, nawet w odległej Ameryki. Pomagał im odnajdywać osoby zaginione, rozwiązywał zagadki kryminalne i bezinteresownie udzielał wszelkich usług w zakresie swych paranormalnych uzdolnień. W 1938 roku znany malarz Bolesław Jan Czedekowski (1885-1969) wykonał jego portret. Niestety, zaginął on podczas powstania warszawskiego, a obecnie znany jest jedynie z reprodukcji fotograficznych. Doświadczeniami Ossowieckiego interesowało się wielu ludzi świata nauki i kultury, że wymienię Jana Osterwę, Leona Petrażyckiego, Kazimierza Sosnkowskiego, Karola Szymanowskiego, Andrzeja Wierzbickiego. Eksperymenty te często wyprowadzały ludzi kontaktujących się z nim z całkowitej równowagi i przyczyniały się do zachwiania ich dotychczasowego światopoglądu. Wspomniany wyżej profesor Uniwersytetu Warszawskiego, Leon Petrażycki, prawnik, filozof i socjolog, po stwierdzeniu autentyczności faktu paranormalnego (odgadnięcie przez Ossowieckiego wykonanego przez profesora rysunku, ukrytego w zapieczętowanej kopercie) złożył następujące, znamienne wyznanie, że „jest zmęczony życiem, że te zjawiska, których nie może zrozumieć, męczą go, gdyż przeczą jego przekonaniom i nie wiążą się z nimi”. Ossowiecki osiągał znakomite wyniki w różnorodnych dziedzinach parapsychologii, był znakomitym propagatorem tej nowej gałęzi nauki. Do dziedzin tych należały: 1. Psychokineza (telekineza), 2. Auroskopia, 3. Prekognicja, 4. Retrognicja, 5. Psychometria, 6. Kryptoskopia, 7. Eksterioryzacja i bilokacja. Powyższe zestawienie wskazuje na jego fenomenalne wszechstronne uzdolnienia paranormalne. „Swoje zdolności tłumaczył w swej książce jako dar natury, pochodzący od Ducha Jedynego we Wszechświecie, ale wyjaśniał też, że osiąganie dobrych 212 wyników zależy od usilnego kształcenia woli i rozwijania własnej psychiki”. Od 1925 r. działał w Komitecie Ligi Zjednoczenia Duchowego w Warszawie. Był także członkiem honorowym Międzynarodowego Instytutu Metapsychicznego w Paryżu. Ossowiecki został zamordowany przez gestapo podczas powstania warszawskiego w segmentach byłego gmachu Głównego Inspektoratu Sił Zbrojnych przy Alejach Ujazdowskich w Warszawie w dniu 5 sierpnia 1944 roku. Przy sobie miał podręczną walizeczkę, w której przechowywał materiały rękopiśmienne do filmu „Oczy, które widzą” i do książki pt. Nieśmiertelność. Przedmioty te nie zostały odnalezione. Przepadły także rękopisy Ossowieckiego pozostawione w jego mieszkaniu, które wskutek działań wojennych uległo całkowitemu zniszczeniu. Duża ich część została jednak opublikowana w jego książce oraz w czasopismach zagranicznych. Symboliczny grób Ossowieckiego znajduje się na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. Powstaje pytanie, czy Ossowiecki miał przeciwników i oponentów? Bez wątpienia miał. Ich negatywne stanowisko sprowadzało się przede wszystkim do negowania jego paranormalnych uzdolnień, zaprzeczania im i do imputowania mu działań oszukańczych i różnego rodzaju szalbierstw. Zaprezentuję tu wystąpienia publiczne jednej tylko osoby, solidaryzującej się z przedstawioną grupą krytyków jasnowidza. Była nią pani G.L.H. 1 października 1976 r. wygłosiła ona w Instytucie Kultury Austriackiej w Warszawie odczyt pt. „Wieszcze i uwodziciele. Proroctwo i wróżba w przeszłości – i dzisiaj”. Nie posiadam informacji, czy odczyt ten został opublikowany. Część swego wystąpienia autorka poświęciła osobie Ossowieckiego. Zdumienie ogarnia, ileż tam wytoczyła kpin, drwin i oskarżeń skierowanych pod adresem głośnego jasnowidza. G.L.H. starała się dowieść, że był to sprytny oszust, który swą „wiedzę” paranormalną czerpał przede wszystkim ze znajomości z wpływowymi osobami, wśród których miał szczęście się poruszać. One to nieświadomie informowały go o wszystkich sprawach wielkiego i małego świata i od nich wyciągał wszelkie informacje, które następnie sprytnie i przebiegle wykorzystywał w swych publicznych wystąpieniach. Prelegentka nie potrafiła jednak przytoczyć ani jednego przykładu oszustwa i zdemaskowania jasnowidza. Nie wspomniała ani słowem, choć dobrze o tym wiedziała, że za swe usługi nigdy nie brał honorariów. Jedynym jej argumentem, zresztą zupełnie bezpodstawnym i gołosłownym, było założenie, że wszelkie fenomeny jasnowidzenia i telepatii są zwykłym oszustwem. Po odczycie, niestety, nie było żadnej dyskusji i autorka wielce zadowolona z siebie i ze swego wystąpienia opuściła zgromadzenie. Światopogląd Wróćmy do książki Ossowieckiego. Stanowi ona bardzo ciekawy przyczynek do literatury parapsychologicznej nie tylko polskiej, ale światowej, utrwala jego postać i doświadczenia, które ongiś cieszyły się tak wielkim rozgłosem. Autor przedstawił w niej sprawozdanie ze swoich eksperymentów, które zostały zaprotokołowane przez ludzi nauki, a więc ludzi godnych zaufania. Zarysował również swój światopogląd i usiłował wyjaśnić mechanizm jasnowidzenia. Uczynił to na bazie swych zapatrywań na wszechświat i na życie. Wywody jego wskazują na duże oczytanie w literaturze parapsychologicznej, której terminologię przyswoił sobie w całej rozciągłości. Ossowiecki uważał swoją intuicję za odrębną i szczególną. Twierdził, że unikał studiowania dzieł filozoficznych i psychologicznych, i że szedł własną drogą. Jak już wiemy, powoływał się na prace prof. Charłesa Richeta, dr. Gustawa Geleya i poety Józefa Jankowskiego, którzy-jak pisze- w jego duchowym życiu odegrali poważną rolę i wywarli na niego wielki wpływ. Autor wiele mówi o „Wielkim Duchu”, przyczynie sprawczej ewolucji wszechświata. Przejawia się według niego ten duch wszędzie, dzięki niemu zachodzą wszystkie zjawiska w przyrodzie. Ten pogląd stał się podstawą spirytualistycznego systemu Ossowieckiego, wyprowadzonego z zasad nauki chrześcijańskiej i teozoficznej. Jego zdaniem pięć postaci historycznych oraz szósta: Bóg-Człowiek, wpłynęło na losy i ewolucję ludzkości: Orfeusz, Kriszna, Budda, Mojżesz, Mahomet oraz Jezus Chrystus. ,,Są to postacie najwyższego napięcia psychicznego, postacie ultrahis-toryczne” – mówi Ossowiecki. „Wszechświat jest tylko tchnieniem jednej Idei wiecznego Boga w nieskończonych jej przejawach” – czytamy na innym miejscu. „Zło gnieździ się na najniższych płaszczyznach astralu…” Oto próbki wypowiedzi autora. W tym stylu i w taki sposób przedstawia on swoje poglądy na świat i życie. Ossowiecki dokładnie opisał metodę, którą stosował przez dwadzieścia pięć lat, przekazaną mu przez mistrza Worobieja. Osiągnięcie pełnego poznania polega na najwyższym skupieniu, dzięki któremu mistrzowie czerpią ze źródeł najwyższej mądrości – świadomości Ducha Jedynego. „Ostatnie odkrycia wskazują – mówi Ossowiecki – że jedność sił jest podstawową zasadą i źródłem harmonii Wszechświata. Ta energia, stanowiąca przyczynę życia Wszechświata, stanowi jedyną jego substancję i jest niezniszczalna. Przybierając szaty materii w różnych postaciach bywa płynna, gazowa, stała, lub przejawia się w postaci elektryczności, ciepła, magnetyzmu lub światła, a każdy objaw przedstawia wyraz myśli i woli Jedynego Ducha. Energia ta ciąży ku słońcu, gdyż stanowi jego cząstkę i tylko ona właściwie jest życiem na ziemi. Materia to ta sama energia. Ona i tylko ona jest wieczna, a podlega Wyższej Sile Woli Świadomości Jedynego, który nią włada i rządzi”. Wszechświat „naładowany jest atomami eteru w stanie dynamicznym”. W nim zachodzą zjawiska świetlne, elektryczne, magnetyczne itd. Fenomen jasnowidzenia daje możność ponadzmysłowego odbioru informacji. „Istnieją również fale – dowodzi autor – które na powierzchni swej niosą MYŚL LUDZKĄ. Wrażliwy aparat odbiorczy człowieka przyjmuje je, a wtedy to powstają zjawiska telepatii, sugestii, narzucania woli genialnych czy przeciętnych jednostek”. Jak w świetle poglądów autora przedstawia się mechanizm jasnowidzenia? „W momencie przejścia granicy świadomości – mówi on – przebywając już w świadomości Ducha Jedynego i mając przedmiot z miejsca, dokąd chciałbym się przenieść, posługuję się tym przedmiotem, jak nicią Ariadny. Nasycony atomami eteru, w który już wkroczyłem (gdyż wszystko jest tym eterem przesiąknięte), mam ów przedmiot za przewodnika w bez-czasowo przestrzennej sferze. Ukazuje mi on rychło wszystkie okoliczności, jakie mu towarzyszyły, a które, mniemam, choć niedostępne dla wzroku normalnego, są w tym eterze NA ZAWSZE ODBITE w postaci miejscowości, osób, przedmiotów, czynności i ruchów. Jest to sprawa trudna w ogóle do wyjaśnienia. Nie sposób bowiem narzędziami zmysłów, przestrzeni i czasu wyrażać rzeczy pozazmysłowe, bezprzestrzenne i bez-czasowe, jasnowidzenia, jawiące się w wiecznej teraźniejszości. Mowa nasza jest przestrzenna, dla zrozumienia zaś tego zjawiska i dla przekonania się o nim, trzeba by sięgnąć w głąb jasnowidzenia – być samemu jasnowidzem”. Jego zdaniem ,,wielcy pisarze w chwilach wysokiego napięcia ekstazy twórczej odrywali się jak gdyby od ziemi, zatracali własną świadomość i wkraczali w dziedzinę świadomości Ducha Jedynego, a wówczas przed ich wyobraźnią snuły się całe szeregi filmów minionej przeszłości i te wizje utalentowane pióro przenosiło na papier, by je przekazać potomności jako dzieło nieśmiertelne”. Autor przytoczył wrażenia ludzi tonących i uratowanych. W chwili tonięcia, w momencie tzw. zmatowania ich świadomości, „ujrzeli oni w najdrobniejszych szczegółach obraz całego swojego życia na jednej płaszczyźnie teraźniejszości”. Zdaniem autora podobnie dzieje się w chwili śmierci. „Jest to wynik najwyższego napięcia sił psychofizycznych, stan, który jasnowidz sam w sobie wytwarza”. „Człowiek wkracza wówczas w świat pozazmysłowy, w świat jednoczesności wiecznej, a pozostały błysk świadomości mocne  jest to zjawisko pochwycić”. „Można – dowodzi Ossowiecki – ogarniając wszechświat widzeniem, zatrzymać się i skupić wzrok na jakimkolwiek miejscu, posiadając pochodzący stamtąd przedmiot, który z łatwością przeniesie wewnętrzny wzrok człowieka w owe strony”. Autor wierzy, że kiedyś zostaną wynalezione materialne klisze, dzięki którym będziemy w stanie odtwarzać zjawiska zachodzące w kosmosie w przeszłości. „Nastąpi wtedy zwycięstwo nad czasem i przestrzenią, a będzie ono zwycięstwem Idei Jedynego Ducha”. Ciekawe są poglądy Ossowieckiego na zjawisko jasnowidzenia i opisana przez niego metoda wprowadzania się w trans. Znajdujemy tu oddźwięk różnych teorii okultystycznych oraz poglądów Frederica Williama, Henry’ego Myersa i Gustawa Geleya. Aparat psychiczny człowieka – twierdzi Ossowiecki – jest bardzo skomplikowany. „Dzielę go na trzy fazy duchowe: podświadomość, świadomość i nadświadomość. Podświadomość to stan psychiki ludzkiej, ów aparat psychiczny jednostki, który bezwiednie czerpie ze świadomości Ducha Jedynego potrzebny materiał i bierze go w ilości, zależnej od płaszczyzny rozwoju duchowego, na jakiej się ów człowiek znajduje. Podświadomość to jakby w porównaniu z glebą ziarno, które ona przyjmuje, a to. co wyrośnie, podświadomość potem wyrzuca, jako już dojrzałe, do świadomości człowieka”. … Podświadomość może się łączyć bezpośrednio z nadświadomością, na przeszkodzie stoi tu świadomość, gdyż ona przeszkadza i zagłusza wszelką robotę podświadomości. … Co do świadomości jest to forma psychiki ludzkiej, w której się mieści pojęcie epoki, w jakiej człowiek żyje, zależnie oczywiście od miary jego rozwoju duchowego. Świadomość ma własne «ja», to «ja» ma swoje imię, nazwisko, poczucie tradycji, pokrewieństwo, poczucie istnienia indywidualnego. Jest ono jak gdyby sternikiem w ocenie kosmicznym, prowadzi człowieka przez życie, napełnia się wiedzą, służy mu do życia, daje środki materialne do egzystencji. Świadomość nie jest doskonałością psychiczną jednostki, przeciwnie, zakrywa ona człowiekowi drogę do Ducha Jedynego, przeszkadza połączeniu się podświadomości z nadświadomością, o której dalej pisać będę. W ogóle podświadomość jest głównym czynnikiem, decydującym o losie człowieka oraz jego powodzeniach lub zawodach w życiu. Geniusze mieli najmniej tej świadomości swego «ja», posiadając za to potężną podświadomość, a więc zastosowywali się do «Ja» świadomości Ducha Jedynego. … Teraz parę słów o nadświadomości, przynajmniej w moim osobistym rozumieniu. Pisałem już, że dusza jest połączona z nadświadomością, czyli ze świadomością Ducha Jedynego, a więc ze źródłem wszelkiej mądrości idącej od Boga. …Do nadświadomości prowadzi pewna droga. Zrozumiałem metodę, przy której zastosowaniu każdy człowiek jest w stanie rozwinąć w sobie możliwości przejścia tej granicy, a mianowicie przez autosugestię świadomości swojej i tu tkwi sedno rzeczy. Przez dwadzieścia pięć lat pracowałem nad metodą, a pierwszy wskazał mi ją semita-jog Worobiej. …Pomiędzy ludźmi istnieją trzy kategorie takich, którzy z łatwością przekroczyć mogą ową granicę, a mianowicie: ludzie genialni, ludzie opatrznościowi i ci, którzy od urodzenia mają szósty zmysł, czyli dar jasnowidzenia. W pewnym stopniu zaliczam siebie do tej ostatniej kategorii”. Metoda, która pozwalała przekroczyć granicę świadomości i którą stosował Osowiecki, polegała na wprowadzeniu się w trans. Czynił on to w sposób następujący: ..Przede wszystkim usiłuję odtworzyć w mojej wyobraźni jakiś przedmiot, a gdy go już mam przed sobą takim, jakim jest on w naturze, to przez to świadomość moja podlega autosugestii, znieczula się. Przez cały czas staram się przedmiot ów mieć przed oczyma i kiedy już widzę przedmiot lub krajobraz, albo człowieka, na którym mi zależy, wówczas zaczynają znikać formy przedmiotu, jaki miałem przed oczami i wtedy odczuwam wielkie zadowolenie psychiczne, posuwając się coraz dalej w kosmos wszechświata. Olbrzymie horyzonty i wizje powstają przed oczyma: wystarczy wziąć jakiś przedmiot, a w tej samej chwili przenosi mnie do tych miejsc. do których skierowałem całą uwagę, a których on właśnie dotykał. Podczas takich momentów tracę poczucie czasu i przestrzeni, temperatura się podwyższa, serce szybciej bije i patrząc mam wrażenie, że jestem już tam, na miejscu. Im więcej wkładam sił, aby dojrzeć, tym słabiej widzę rzeczywistość, która mnie otacza. Miałem chwile bardzo przykre przy przeniesieniu się kilkakrotnie do Ameryki; trema, a także obawa o nieudanie się eksperymentu działają ujemnie na moją psychikę. Chwilami miałem uczucie, że z tej Ameryki nie będę mógł od razu powrócić. Przeżywałem przez kilka chwil obawę, czy powrócę. Drugi wypadek spotkał mnie w sali Techników [w Warszawie], kiedy robiłem eksperyment publiczny. Przeniosłem się do Hiszpanii, a po opanowaniu tremy i po zrobieniu eksperymentu godzina upłynęła, nim powróciłem do stanu normalnego. Ciągłe wizje, obrazy, wrażenia plątały się i splatały z otoczeniem realnym i rzeczywistością. Po każdym seansie na pewien okres zatracam poczucie czasu; trwa to nieraz kilka dni. Jeżeli sobie czegoś nie zanotuję, to z pewnością zapomnę, gdyż pamięć moja chwilowo słabnie”.